Łączna liczba wyświetleń

sobota, 5 listopada 2011

" Czy warto było...?"

Kochana, nie smuć się, że coś się skończyło. Ciesz się, że mogłaś to przeżyć!!! Wiem, że z tęsknotą te słowa przegrają i to z kretesem. Często gdy tęsknię i wspominam z bólem serca Kogoś, kto już dawno „zgasł” , staram się wyobrazić sobie mój świat bez tej osoby. Zadaję sobie pytanie – lepiej kochać kogoś i go stracić? Czy może nie kochać wcale? Odpowiedź jest oczywista. Cieszę się i raduję wtedy całym sercem, że dane mi było spędzić pół życia z człowiekiem , dla którego moja obecność była równie ważna. Najważniejszym jest, aby „być” dla siebie.
Będąc jeszcze w liceum, pisywałam do szuflady „myślowe bohomazy”, czyli coś na wzór wierszy. Tematyka w zależności od nastroju- począwszy od skrajnej radości i szczęścia do dołów maniakalnych wykopanych złamanym sercem  itd. Jednym słowem takie tam” problemy młodzieżowe” . Na dni szuflady były też wiersze o najbliższych...,a  że miałam to szczęście- cudownego Dziadka, także i o nim samym. Pamiętam  do dziś...

„Budzi mnie rano ciepłym uśmiechem...
Nie, nie jest słońcem.
(...)
I muszę mu powiedzieć, jak bardzo go kocham
Nim będę szukać w zapachu swetra...”

„Życie to pasmo rozstań” – jak mawia moja Rodzicielka. Każdy człowiek potrafiący kochać, przeżył  w życiu choć jedno takie rozstanie, po którym serce jest jak mozaika i trzeba je na nowo poskładać...Dobrze, gdy układanka pasuje. Gorzej, gdy TA osoba, którą się straciło była jednym z najważniejszych jej elementów.
1 listopada...piękne, że nawet po śmierci masz swoje święto!!! Ciekawe, w jaki sposób obchodzą je na „dole” i na „górze”? Ja, będąc już duszkiem, baaaaaaaaaardzo chciałabym robić coś ciekawego, szczególnego...Choć nie przepadam na piosenką ”Wszyscy święci balują w niebie”- akurat tego dnia poprawia mi humor. Wyobrażam sobie Ciocie-wystrojone, z kieliszkiem szampana w ręku, tańczące w kółeczku z Babcią o siwych, zakręconych świeżo włosach - ta natomiast pali papieroska. Wszystkiemu przygląda się oczywiście Dziadek ,bo tancerz  niego był marny – woli trzymać się z dala od tańczących pań. Przy barku, na drewnianym hokerze siedzi Wujek i próbuje najnowsze mixy smakowe drinków. Całą zabawę urozmaica oczywiście Oskar, gryząc po stopach tancerki i patrząc, co by tu nabroić.
Moje wyobrażenia „podniebnego party” w połączeniu z przemarszem cmentarnym Panów ubranych w ślubne garnitury (bardo często srebrne) i Pań na szpilkach, zatapiających się po uszy w błocie, w sukienusiach krótkich tak, że gwarantowane zapalonko pęcherza – to mieszanka poprawiająca nastrój.
             Może i jestem „nie taka jak być powinnam”, ale moja wyobraźnia nie daje za wygraną...
Cały wic polega na tym, aby zadać sobie sprawę z upływającego czasu...Jeszcze niedawno byłam małą piromanką w blond włoskach, zatapiającą 1 listopada całe ręce w wosku lub odpalająca tysiące znalezionych patyków...Dziś jestem kimś całkiem innym...Może i moje zapędy piromańskie nie zniknęły, ale marzy mi się, aby teraz rozpalać umysły i serca...
Bo kiedy będę pewnego 1 listopada „imprezować na chmurce” lub sadzić marchew dla Mefistofelesa, chciałabym zobaczyć, że jest na świecie ktoś, kto za mną tęskni i powiedzieć sobie:
„Echhh, ty stara wariatko! Warto było!”

                                                                                          Paula

wtorek, 1 listopada 2011

Czas nie leczy ran . . .

Jedenaście lat temu odeszła. Nazwijmy ją ukochaną osobą. Jedenaście lat! A ja do dziś pamietam jej dłonie, dotyk pergaminowego policzka, uśmiech, oczy, głos... Do dziś bardzo mocno tęsknię... Do dziś kręci się łza w oku, kiedy w głowie pojawia się wspomnienie... Do dziś tak strasznie brak... Do dziś okrutnie ten brak boli...

Czas nie zmienił nic, może tylko pozwolił się ciut przyzwyczaić do myśli, że już nigdy ...

                                                                                                                                            Marta

poniedziałek, 31 października 2011

Łezka o poranku . . .

No i takim oto sposobem właśnie ryknęłam sobie okazjonalnie o poranku . . .
Szczerze mówiąc, nie sądziłam, że te nasze listy będą wywoływać takie emocje. No, ale co ja właściwie sobie wyobrażałam do jasnej anielki. Przecież my nie potrafimy udawać, pozować. Wyobraźnię mamy ogromną, to prawda. Na nie jeden genialny pomysł już w swojej przyjacielskiej karierze wpadłyśmy . . . Myślę tutaj chociażby o naszym lepieniu bałwanka . . . ;-D
Hmmmm pora roku nie grała roli . . .Wyimaginowane lepienie bałwanka oznaczało, że rausz nasz przyjacielski jest już na tyle duży, że pozwoli wspólnie przenieść góry, tudzież bałwanka ulepić bez śniegu. Może to i głupie, pijackie loty jakieś babskie, ale metafora nader głęboka.

No ale zaraz, zaraz ja tu o bałwanku, a chciałam o tym, że mimo wyobraźni naszej ogromu, nie potrafiłybyśmy nawet na blogu naszym pozować. No bo, że jak? Ściemniać, że przyjaźń, ściemniać, że się uwielbiamy szczerze, ściemniać, że temat każdy podjęty wspólnie, będzie kopalnią emocji? Never! Bo żeby pisanie owo było przyjemnością dla nas, a czytanie dla naszych kilku już przecudownych podczytywaczek, to musi być PRAWDZIWIE !

I chociaż my z "innej bajki" - z Narni, czy Czarów Krainy, to prawdziwość w Tobie kocham nad życie moja kochana. I optymizm Twój . . .Optymizm, którego nierzadko  mnie brakuje bardzo. Zwłaszcza, gdy los obdarza wydarzeniami przykrymi. Wtedy spijam go od Ciebie, aby przetrwać. Wtedy dzwonię, smsy skrobię, żalę się . . .A Ty zawsze niezmiennie dobrej aury użyczasz i rzeczywistość mą tym naprawiasz.

A do tego wszystkiego, bardzo często "wiesz", czego nie wie nikt. I wiesz "kiedy " nie wie nikt . . .
Tak rozpoczęty poniedziałek będzie najcudowniejszym poniedziałkiem od bardzo dawna moja kochana ;-D

                                                                                                                                   Marta

...aby w zarodku zdusić "syndrom poniedziałku"

Boże dziękuję za:

- Niewyspane oczy. To oznacza, że mam dla kogo wstawać;
-Bałagan , który muszę posprzątać po imprezie, bo to oznacza, że mam rodzinę i    
  przyjaciół;
 -Wannę i okna, które trzeba umyć, pralkę, która wymaga naprawy. To oznacza, że mam dom;
-Ubranie, które jest troszeczkę ciasne, ponieważ to oznacza, że mam co jeść;
- Słone łzy. To oznacza, że umiem tęsknić, żałować i współczuć;
-Zdarte gardło. To oznacza, że  jest ktoś, kto mnie słucha;
-Wysokie rachunki telefoniczne. To oznacza, że mam do kogo dzwonić;
 -Duży rachunek za ogrzewanie, bo to oznacza, że jest mi ciepło;
-Panią, która siedzi za mną w kościele i drażni swoim śpiewem, ponieważ to oznacza, że słyszę;
-Budzik, który odzywa się każdego ranka, ponieważ to oznacza, że żyję;
-Zmęczenie i obolałe mięśnie pod koniec dnia, bo to oznacza, że żyję pełnią życia!!!
-Chrapanie nocne, bo to oznacza, że mam Męża blisko siebie!!!

 Zatem optymistycznego poniedziałku Kochana ...

„Dopóki demon smutki śpi ,niech żyją młode żądze!!!!”


               Piłam już francuską kawę w Grecji i arabską w Anglii, ale smak kawki parzonej w Twojej zielonogórskiej kuchni ma wyjątkowy smak J Jakby tego mało było-tylko Ty umiesz tak ją przygotować, że nawet „sypana” zatapia się bez marudzenia. .. Mowy nie ma o fusach między zębami...Pamiętasz ten dzień , kiedy to zabrakło  cukru w Twej  szufladzie, a Ty z ‘’głupia frant’’ (ulubione powiedzonko mojej Mamuśki) dodałaś miód i cynamon...??? Taraaaaa! Odkrycie roku! Urodzona baristka!!!
            „Papierosek”??? Hmmmm... zazwyczaj pali (palił) się w Twych rękach kochana niczym kadzidełko...Powiem szczerze, że zawsze zastanawiał się, ile zarabia na Tobie korporacja tytoniowa??? Odpalanie „papieroska”- odpala zazwyczaj w Twoim umyśle potok słów...i po kilku minutach okazje się, że  jest to tylko i wyłącznie pretekst na zmianę scenerii do prowadzenia naszej rozmowy...ale faktycznie ten cały „rytuał” zajmuje dziwnie wysoką pozycję w naszych spotkaniach, a miejsce „oznaczone” przyzwyczajają się z biegiem czasu swojego stałego przeznaczenia i naszych głosów...
            Każda nasza pogawędka przedłużająca się nadto kończy się w kuchni- „sercu domu”, za zamkniętymi drzwiami. Już niegdyś, jeszcze na wykładach z literatury zauważyłam, że my jesteśmy „ z innej bajki”. Wiem, że to śmiesznie brzmi...ale ktoś, kto  kiedyś „znał nas  dobrze”, twierdził, że mogłybyśmy się odnaleźć w „Opowieściach z Narnii”...Nie wiem, czy akurat wtedy była to pozytywna opinia, ale z biegiem czasu zrozumiałam...Ciepło świecy... daje poczucie bezpieczeństwa, przyciąga wspomnienia  i faktycznie otwiera „drzwi”... Najpiękniejsze jest jednak to, że my tak naprawdę czekamy na ten moment.  Nie zawsze jest „ta” chwila...nie zawsze chcemy mówić o czymś przez telefon, bo to takie banalne i infantylne...Nie zawsze wiemy, „jak” to powiedzieć... Po jakimś czasie...(zawsze) ... „lądujemy” w Twojej kuchni... 
            Aaaaaaa moje całowanie po rękach jest dziwnym (staropolskim-nowopolskim?) wyznaniem szacunku i bierze nade mną górę, gdy winko już swoje robi. Tak, czy siak...ludzie baaaaaardzo dziwnie reagują na moje „ccccmoki” w dłoń, a przecie to takie miłe!!!
 (??? opinia subiektywna) Ty, dzięki Bogu, znasz mnie dłuuuugi czas i śmiechem zarażającym reagujesz!!! Gdybyś jednak zobaczyła minę kelnerski usteckiej w jednej
z restauracji, w której to bywałam tego lata...Kochana uwierz, bezcenna!  Zwykły „ cmok” w rękę -w podziękowaniu, z wyrazami sympatii! Nie zauroczenia, ale zwykłej wdzięczności
 i dobrego humoru, jaka budzi się w człowieku po „kilku głębszych”...   SZOK !!!  Ludzie są (niestety) tak bardzo ograniczeni, aż powodują u mnie regularne i niekontrolowane ataki śmiechu 
Ja tu pitu pitu...a walizki na „7” peronie...
            Rozmowy nasze zawszy były i są jak „katarhis” ...oczyszczają, tworząc miejsce na nowe doświadczenia, zostawiając głowę lekką a serce weselszym...
                                              
                      Dobrej nocy Kochana....
                                    
                                
                                                                                    -Paula


Ps- Nasz blogowy y zegarek chyba zwariował po zmianie czasu;)

niedziela, 30 października 2011

Niezbędnik pogaduchowy

Babskie pogaduchy nie mogą uwieńczone zostać sukcesem satysfakcji wewnętrznej, tudzież umysłu oczyszczenia, bez niezbędnych niezbędników. W naszym przypadku było ich niewiele, ale być musiały! Koniec i kropka.

Miejsce nieważne. Ale każda baba chyba się ze mną zgodzi, że na babskich pogaduchach nie może zabraknąć KAWKI! Kawka jest najważniejsza! No bo przecież na kawkę właśnie się idzie do przyjaciółki (wersja dla męża). Nie wiem o co chodzi, ale kawki aromat w powietrzu krążący wyzwala jakieś dobre emocje,nastrój, no i język rozwiązuje niezwykle ;-)

Jak już jest kawka, no to jeszcze papierosek . . . Mmmmmm . . . Cieniutki, elegancki, słabiutki, ale . . . Pyszszszny! Wypalony na świeżym powietrzu smakował jeszcze lepiej (wersja nie dla męża).
Teraz rzucony w niepamięć, zakazany od ponad roku. Dajemy radę i bez ;-)

Jak już nie papierosek, to do kawki cudownym dodatkiem jest zimowy, mroźny dzień, z płatkami śniegu za oknem i . . . Świeca. Nie wiem o co w tym chodzi, ale ogień nawet w wydaniu tak małym - płomyczkowym daje tyle ciepła. Takiego nieuchwytnego, metafizycznego. I  wraz z iskierką pojawia się ta cudowna, ciepła aura . . .I w serduchu jakoś jaśniej.

A już mistrzostwem świata, jest do tego butelka czerwonego winka, dwie wielkie lampki i dużo spokojnego czasu. Winko zaczyna krążyć we krwi, rozgrzewa od środka i otwiera poszczególne drzwiczki -  a to w sercu, a to w duszy . . .
Wtedy to przestajemy nadążać mową za naszymi myślami, tematy piętrzą się, nakładają jeden na drugi. Zaczynamy od butów, kończymy na nowym przepisie na kotlety. I nagadać się nie możemy. Tak to już jest, kiedy się dwie gaduły nałogowe spotkają ;-)

Potem scenariusz przewiduje jeszcze kilka elementów stałych i niezmiennych:
1. Tęsknoty ogromu wyznanie.
2. Po rękach i policzkach całowanie, tudzież serdeczne przytulanie.
3. Łez rzęsistych potoki.

Na końcu rozmazane na pyskach, budzące się słońce witamy, płomień świeczki zdmuchujemy, pogaduchy uznając za udane. Rozchodzimy się do łóżek, z cudownym uczuciem zrzucenia z siebie tony rzeczy różnistych zalegających i z taką czystością w sercu, duszy i umyśle . . .
                                                                                                                                           Marta

czwartek, 27 października 2011

Założymy wspólnego, babskiego bloga !

Moja kochana nie wiem, czy sobie przypominasz, ale zaczęłyśmy od egzaminów na DZIENNIKARSTWO, które do dziś poniekąd jest moim już coraz bardziej odległym marzeniem.

Pierwsze spotkanie. Aula uniwersytetu. Siedzimy co drugie miejsce. Nikogo nie znam w tym tłumie. Odwracam głowę w prawo, a tam dziewczyna. Bardzo przyciągająca oko. Najpierw burza blond loków. Potem duże błękitne oczy. Na końcu dłuuuugaśne rzęsy. Uroda typowo romańska. Biuti!

 Dwa słowa. Nie głupia - pojawiło się w głowie. Następne dwa - ha, cwaniara pewna siebie . . .Zobaczymy komu pójdzie lepiej ...
 Podobno najbardziej w innych denerwują nas cechy, które sami posiadamy ;-)

Wyniki. Dziennikarstwo - zabrakło ułamaka punktu. Szukam na liście owej znajomej - kurcze nie pamiętam nazwiska. Trudno - okaże się w październiku.

Jesień. Korytarz uczelniany. Pierwsze zajęcia. Przebiegam wzrokiem po tłumie. Nie znam nikogo. Nie ma nawet tej cwaniary. Nagle słyszę radosny głos zza pleców. Odwracam się. Kurcze, jest! Jest ta lalunia!Ufff, super!Nie będę całkiem sama. Tylko ... Co ona?! Przecież blond była ... Chyba ... A tu czarna czupryna do mnie biegnie ;-)

Taki był początek najpiękniejszej przyjaźni, jakiej kiedykolwiek doświadczyłam. Takiej przyjaźni do grobowej deski, o której czyta się w książkach. Przyjaźni, która przetrwała "pomomo". Przyjaźni, która wiele przebaczyła. Która zniosła tyle łez i tęsknoty ile jest stąd na księżyc.

Pewnego wieczoru położyłam się spać wcześniej, umordowana dniem. Leżę, a w głowie pojawia się myśliciel. Myślę i myślę. O rzeczach różnych. Nagle chaos zaczyna porządkować się w tok myślowy. Mniejwięcej takiej treści.

Kurcze.... Muszę bloga nowego założyć. No muszę.Jest tyle rzeczy, o których chciałabym napisać...
Koniecznie.
Tylko jakiego?
Hmmm, babskiego!Babski musi być! Tak! Taki ciepły, sensualny, klimatyczny, czasem śmieszny, czasem wzruszający. No i bardzo kobiecy.
Ale przecież pisze już takie rzeczy na swoim "dzieciowym" czasami. Bezsensu.
Kobiecy... Kobiecy... Babski...
Jak babskie pogaduchy. Tak fajnie jest spędzać czas w babskim towarzystwie i gadać o pierdołach.
Czasem też o ważnych rzeczach gada się ...
Tak, jak z Paulą. Te nasze pogaduchy do rana. Uwielbiam...
Nooooo takiego klimatu będzie na tym blogu potrzeba...
Hmmmm...
TAK! Będziemy gadać z Paulą na blogu!Tak jak w kuchni przy winku, tylko że w sieci!
TAK! TAK! TAK!
Tylko jak?
Hmmmmm...........................
Mam! Listy! Będziemy pisać listy!
Założymy wspólnego babskiego bloga!
GENIALNE! Jeju! Mam! To jest to!
Jutro jej o tym powiem ;-D

Mija 30 sekund. Stan euforii nie opada ;-D
A co tam! Po co czekać do jutra!

I wyskoczyłam z łóżka ...

PS. Kiedy powiedziałaś, zanim ja Ci powiedziałam, uśmiechnęłam się w duchu, po raz kolejny zadziwiona, ale też utwierdzona, że łączy nas również jakaś metafizyka cudowna.
                                                                                                                     Marta

Takie byłyśmy kiedyś nie pomarszczone;-)